Miasto, miasteczko, wieś - różnice tylko w wynikach czy również w szansach edukacyjnych?
Czy ambitny uczeń w małym mieście lub na wsi ma takie same szanse jak w dużym mieście?
Jakiś czas temu natknąłem się na bardzo ciekawą analizę dotyczącą różnic w wynikach egzaminu ósmoklasisty z matematyki dla uczniów uczęszczających do szkół w miejscowościach o różnej wielkości. Ta analiza to było coś więcej niż typowe w miastach wyniki są wyższe i widać było od razu, że autor zna się na statystyce o wiele bardziej niż losowi publicyści. Kiedy więc po raz kolejny trafiłem na wpisy o tym na LinkedIn oraz dostałem kilka komentarzy o różnicach w progach między okręgami w zDolnym Ślązaku z informatyki, wiedziałem, że powinienem też coś o tym napisać.
Może nie powinienem tego robić w kontekście utrzymania Czytelników u siebie, ale zachęcam najpierw do zapoznania się z oryginalnym wpisem Piotra Szulca z danetyka.com.
Podsumuję główne wnioski autora uzyskane bezpośrednio z danych CKE:
- rozrzut wyników egzaminu między wynikami w całym kraju jest ogromny, nawet jeżeli za punkt odniesienia przyjmiemy przeciętnego ucznia w szkole,
- rozrzut wyników (przeciętnych uczniów ze szkół) jest nadal bardzo duży, nawet jeżeli ograniczymy się jedynie do szkół z jakiegoś dużego miasta,
- wyniki egzaminu (przeciętnych uczniów ze szkół) w szkołach publicznych w dużych miastach są radykalnie wyższe niż w szkołach publicznych w małych miastach i na wsiach.
Trudno jest mi nawet oddać jak bardzo przygniatająca jest różnica z trzeciego punktu: w dużych miastach najwięcej szkół ma medianę wyników tego egzaminu w okolicach 70 do 80 procent, zaś w małych miastach i na wsiach najwięcej szkół ma medianę wyników tego egzaminu w okolicach 35 do 45 procent. I na tym się w tym wpisie skupiam.
Naturalny wniosek jaki nasuwa się zapewne niektórym nie-statystykom jest taki, że chcąc wychować mądre dziecko, należy je wysłać do dobrej szkoły w dużym mieście. Autor analizy wie jednak, że w dużych miastach są nie tylko inne szkoły, ale również inni rodzice (np. inny jest rozkład wykształcenia rodziców dzieci w dużych miastach a inny w małych). Być może więc różnice w wynikach egzaminu nie biorą się z różnic między szkołami, ale z innych powodów. Szczęśliwie, dzięki narzędziom matematycznym możliwe jest modelowanie i usuwanie niepożądanych różnic wynikających z innej demografii. Autor wskazuje, że około połowę różnicy w wynikach egzaminu daje się wyjaśnić zjawiskami takimi jak wykształcenie rodziców, procent małżeństw w danym regionie, ilość rozwodów, ilość przestępstw na danym obszarze etc. Po znormalizowaniu wykresu o usunięcie tych zmiennych, nadal jednak różnica pozostaje zauważalna gołym okiem, choć nie jest już aż tak przygniatająca. Ją należy więc wyjaśnić innymi zjawiskami.
Teraz przejdę do mojej, zapewne mniej profesjonalnej analizy. Wszystko co było powiedziane powyżej dotyczyło “przeciętnego” ucznia (mediana) z danej szkoły. Dla mnie ważniejsze jest co się dzieje z najlepszymi uczniami ze szkół: to oni startują w konkursach, to oni idą do szkół, w których uczę, to oni będą w przyszłości zmieniali świat na lepsze. I niestety, smutny (przynajmniej dla mnie) fakt jest taki, że nie ma się co łudzić: najlepsi ze szkół w małych miejscowościach dostają podobny łomot od najlepszych ze szkół w dużych miejscowościach.
Skąd to wiem? Sprawdzałem ostatnio arkusze z etapu powiatowego zDolnego Ślązaka z informatyki, a co roku też widzę wyniki olimpiad przedmiotowych z informatyki i matematyki w szkołach podstawowych. Nie wypada mi dzielić się wynikami zDolnego Ślązaka, dlatego będę posiłkował się oficjalnymi danymi z olimpiad przedmiotowych. Na 469 uczniów zakwalifikowanych do II etapu Olimpiady Informatycznej Juniorów, aż 238 (ponad połowa) jest z Warszawy lub z Wrocławia. Przypomnę, że w Warszawie i Wrocławiu mieszka zaledwie kilka procent populacji Polski. Różnica jest więc podobnie przygniatająca jak w przypadku egzaminu ósmoklasisty z matematyki. W Olimpiadzie Matematycznej Juniorów na zawody II stopnia utworzono jeden okręg dla uczniów z województwa mazowieckiego bez Warszawy (134 uczniów w tym okręgu) oraz trzy okręgi dla samej Warszawy (353 uczniów w tych okręgach). A przypomnę, że w Warszawie mieszka nieco poniżej dwóch milionów ludzi, zaś poza nią w województwie mazowieckim blisko cztery miliony. Ponownie, tę różnicę należałoby wyjaśnić. I prawdopodobnie tak jak wcześniej część tej różnicy można wyjaśnić różnicą w innej demografii dotyczącej rodziców tych dzieci, różnicami w wychowaniu, ale zapewne nadal pozostałaby ta “niewyjaśniona” część, która prawdopodobnie bierze się z różnic między poziomem edukacyjnym w samych szkołach.
Ten trend trwa od lat. Udało mi się, będąc uczniem z małego miasteczka, wygrać drugą edycję Olimpiady Informatycznej Gimnazjalistów (to było 17 lat temu). Zobaczcie sami jak komicznie wygląda kolumna Miejscowość w rankingu finału. Mam wrażenie, że nic się nie zmieniło przez ten czas.
Moim zdaniem to nie jest nic dziwnego, że te różnice “medianowych” uczniów propagują się na najlepszych. Nawet gdy pojawi się jakaś iskierka talentu w takiej losowej szkole z małej miejscowości, to będzie to jeden uczeń, a nie chociaż kilku, dla których dałoby się zrobić sensowne kółko. Najlepsi nauczyciele, którzy mogliby uczyć w małych miejscowościach najprawdopodobniej z tej miejscowości wyjechali za lepszym życiem dla siebie i swoich rodzin. Najlepsi uczniowie, którzy jakimś cudem doszli do czegoś podobnego jak ja (wygrali jakiś konkurs, choć “nie powinni” i dzięki temu dowiedzieli się, że są dobrzy), wyjeżdżają (i słusznie dla siebie) do elitarnych liceów w Polsce, gdzie w końcu dostaną edukację na sensownym poziomie. I ci uczniowie ani myślą, żeby potem do tych swoich miejscowości wrócić. Sam zastanawiałem się trochę się nad prostym arbitrażem cenowym: gdyby tak sprzedać dom we Wrocławiu i przenieść się do większego domu, w lepszym standardzie, na większym podwórku, za mniejsze pieniądze, żeby za różnicę w cenie sprawić sobie jeszcze jakąś przyjemność lub coś odłożyć? Atrakcyjna opcja i mógłbym nawet coś dobrego wnieść do jakiejś szkoły od siebie, ale odpada…co najmniej do czasu aż moje dzieci nie skończą szkół. Na razie nie myślę o tym, żeby zrobić krzywdę moim dzieciom i utrudniać im dostęp do dobrej edukacji. No i jeszcze jedno pytanie: czy to jest w ogóle optymalne uruchamiać jakieś poważniejsze zajęcia w mniejszych miejscowościach, gdzie początkowy poziom jest niższy i gdzie gęstość zaludnienia jest mniejsza? Trzeba by chyba pomyśleć o sensowniejszym systemie, wychodząc poza ramy typowych zajęć w szkolnych ławkach.
Kończę ten wpis mało optymistycznie, ale już z tyłu głowy mam co najmniej dwa następne wpisy, w których postaram się napisać coś więcej o tym jak można próbować ratować tę sytuację (dla pojedynczych jednostek mających wystarczająco zdeterminowanych rodziców). Stay tuned. Tym zaś rodzicom, którzy mają dzieci w dużych miastach sugeruję jeszcze przyjrzeć się temu jak ogromny bywa rozrzut wyników nawet wewnątrz miast. Nadal zachodzi bowiem ryzyko, że dziecko może “mieć pecha” i uczęszczać akurat do jednej z tych szkół, w których wyniki są niskie.